Tajfuny w podróży – Indie, Sri Lanka, Tajlandia, Japonia 17 maja 2019 – Opublikowane w: Japonia, Tajfuny w podróży

Nie wyobrażam sobie podróży bez książek. Moi bliscy za każdym razem wytrzeszczają oczy, widząc, ile kilogramów papieru przytargałam ze sobą po raz kolejny. Ale jak mogłabym podróżować, nie czytając o kraju, w którym w danym momencie jestem?

Wrzuciłam kilka zdjęć ze swoich książkowych zakupów z lutowej podróży i dostałam masę pytań – “Kiedy będzie w Tajfunach?”, “Też chcę przeczytać!”, “Fajne?”. I tak narodził się pomysł na nową serię wpisów na tajfunowym blogu: “Tajfuny w podróży”.

Indie

To nie był mój pierwszy raz w Indiach i żałuję, że tym razem było to jedynie kilka dni. Ale nareszcie dane było mi poznać trochę Delhi – choć trochę po powierzchni, bo ile można zrozumieć z miasta w tak krótkim czasie? Jeszcze przed wyjazdem wróciłam do Remnants of a Separation: A History of the Partition Through Material Memory Aanchal Malhotry – kupiłam ją dwa lata wcześniej w Bombaju i w całym szaleństwie nie skończyłam kilku ostatnich rozdziałów. To piękny zbiór opowieści o Podziale (Indii i Pakistanu w 1947 roku) – każdy z rozdziałów to opowieść innej osoby, której punktem wyjścia jest jakiś przedmiot, zabrany ze sobą w chaosie tych wydarzeń. Na początku marca ukaże się wersja brytyjska, pod nieco zmienionym tytułem: Remnants of Partition: 21 Objects from a Continent Divided. Możecie zamówić ją także w Tajfunach.

W samolocie zabrałam się za to za Delhi. Miasto ze złota i snu Rany Dasgupty, laureata Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego w 2017 roku. To opowieść o nierównościach, o utracie dawnego charakteru miasta, o chciwości… a przede wszystkim o ludziach. Pozwoliła zrozumieć mi trochę to, co widzę na ulicach i choć trochę wyobrazić sobie , jak miasto mogło wyglądać przed Podziałem.

Delhi. Miasto ze złota i snu to także – a może przede wszystkim? – opowieść o społeczeństwie, w którym działają mechanizmy niezbyt różne od tego, co możemy zobaczyć w Polsce czy w Japonii. To książka o bogatych, którzy boją się biednych, o konserwatyzmie, o wtłaczaniu kobiet w “domowe ramy”. Oraz o bylejakości, korupcji, zawiści. O ludziach.

Idea, że miejsce kobiety jest w domu, miała w Indiach bardzo szczególne i wymowne znaczenie, wywodzące się z kolonialnej przeszłości kraju. W XIX wieku nastąpił między płciami bezwzględny podział ról. Kontrola kolonizatorów nad handlem i polityką oznaczała, że mężczyźni, aby załatwiać swoje sprawy, musieli częściowo zrezygnować z indyjskiego sposobu życia, naginając się, poza domem, do brytyjskiego prawa, języka, stroju, techniki i obyczajów społecznych. Narodowym zadaniem kobiet stało się zatem ocalenie i przechowanie – w imieniu całej reszty – indyjskiej egzystencji w jej czystej i nieskażonej postaci, co pociągało ze sobą konieczność wystrzegania się zepsutej sfery publicznej. Kobiety miały siedzieć w domu i pilnować, by pozostał ostoją duchowej czystości – ostatnią linią obrony przed kolonizacją duszy, schronieniem, gdzie ich mężowie mogli wrócić do sił.

Jednym z miejsc, które zapamiętałam najbardziej z Delhi była księgarnia Bahrison’s Booksellers (notabene prowadzona przez autorkę Aanchal Malhotry). Wyszłam z niej ze świetnym zbiorem esejów What We Talk About When We Talk About Rape, autorstwa Sohaili Abdulali. To książka o kulturze gwałtu – bolesna i mocno osobista, bo autorka była ofiarą zbiorowego gwałtu w wieku kilkunastu lat. Każdy kolejny rozdział to próba zrozumienia – kultury gwałtu w ogóle, jak i własnej traumy.

Rape culture. The totality of all the big and little things we do, say and believe that ultimately lead to the conclusion that it’s okay to rape. Perhaps not any one of the little things: serving your son first like a good India mother doesn’t mean you condone rape; making fun of lady drivers doesn’t mean you condone rape; saving for your daughter’s dowry doesn’t mean you condone rape; saying “boys will be boys” on the playground doesn’t mean you condone rape. But each of these chips away at womens’ and girls’ self-respect, and gives boys permission to feel a little more entitled, a little more important, a little more as though they have a free pass to maraud through the world and take without thinking.

Abdulali nie pisze tylko o Indiach – to książka uniwersalna i lektura obowiązkowa, nie tylko dla kobiet. Autorka porusza w niej wątki takie, jak gwałt małżeński, brak wystarczającego wsparcia dla mężczyzn, którzy byli ofiarami przemocy seksualnej. Kraje, w których najlepszym rozwiązaniem wydaje się zaaranżowanie ślubu między gwałcicielem a ofiarą.

Na pocieszenie po ciężkiej tematyce tych trzech książek, zagłębiłam się w Interpreter of Maladies Jhumpy Lahiri, naprawdę świetnym zbiorze opowiadań, kluczących wokół tematów imigracji, miłości, alienacji. I choć tłem jest tutaj Bengal – rejon Indii, którego jeszcze nie miałam okazji odwiedzić – bycie ciągle w drodze i opowieść o splatających się historiach rodem z Kalkuty i Bostonu, wyjątkowo dobrze do siebie pasowały.

Sri Lanka

Po kilku dniach w Delhi wsiadłam do samolotu do Colombo – to Sri Lanka była głównym celem tej podróży. Pierwsze co zrobiłam po śniadaniu to spacer w poszukiwaniu książek. Znalazłam na szczęście kilka fascynujących tytułów w Barefoot Books. Wybór padł na dwa tytuły: Wave: A Memoir of Life After the Tsunami Sonali Deraniyagali i Island of a Thousand Mirrors Nayomi Munaweery. Zaczęłam od tej drugiej – pochłonęłam ją chyba w jeden dzień, przy okazji dowiadując się bardzo dużo o historii wojny domowej na Sri Lance i napięciach etnicznych między Tamilami a Syngalezami w mocno emocjonalnej i lirycznej formie.

Gdybyście nie mieli ochoty na historię miłości i historię rodzinną, to sięgnijcie koniecznie po reportaż Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance Frances Harrison, które przeczytałam kilka tygodni przed wyjazdem na wakacje. Idealna pozycja dla wszystkich, którzy chcą dowiedzieć się czegoś o konflikcie etnicznym w Sri Lance i o tym, jakie rany zostawiła po sobie trwająca do niedawna wojna domowa.

Po drugi tytuł zakupiony w Colombo sięgnęłam dopiero w górach. Mimo fali w naszym logo, to właśnie fale nawiedzają moje najgorsze koszmary – nie boję się chyba niczego bardziej od tsunami. Nie wiem, czy to wynik przeczytania setek artykułów na temat tsunami, które nawiedziło Tōhoku w 2011 roku, ale jedno jest pewne, kiedy większość ludzi śpi, zrelaksowana szumem morza, ja trzęsę się ze strachu z każdym głośniejszym uderzeniem fali o brzeg.

Wave było moją próbą walki ze strachem i chyba zmierzenie z tak intymnym opisem traumy faktycznie mi pomogło. Książka Sonali Deraniyagali zaczyna się od walnięcia obuchem w głowę – fala zabiera jej męża, dwójkę synków i jej rodziców. Kolejne rozdziały to opis jej żałoby – wyparcia, prób samobójczych, złości, smutku, rozpaczy. To książka przepełniona okrutnym bólem, spod którego powoli zaczyna wyzierać spokój.

Tajlandia

Dwa dni w Bangkoku nie mogłyby obejść się bez wizyty w księgarni. Spędziłam chyba z pół dnia w jednym z oddziałów japońskiej księgarni Kinokuniya z potężnym działem anglojęzycznym, także specjalnym kącikiem z literaturą tajską w po angielsku – wyszłam z niej między innymi z The Blind Earthworm in the Labyrinth Veeraporna Nitipraphy. No i to był strzał w dziesiątkę – jeju, co to jest za książka!

Wciągnęłam się już od eseju tłumacza na samym początku, który wyjaśnia zawiłości tajskiego języka i opisuje, jak trudno jest oddać piękno tego języka po angielsku. Ale wydaje mi się (choć jestem w tej kwestii ignorantką), że wyszło mu to znakomicie. To powieść inna od tego, po co bym zazwyczaj sięgnęła – jest pełna opisów, często wręcz barokowo-poetyckich. Trochę tu buddyjskiej karmicznej drogi, trochę narracji rodem z opery mydlanej.

Zresztą, spójrzcie na ten fragment:

But before the clock struck three, she got up and made him sangria as sublime as the kind served at temple fairs… talking until dawn.

Stories, old stories of days gone by: about the fountain with the moody swan statue that Pran had spent months looking for because he couldn’t find one in a colour she liked so had ended up buying one in bare concrete, which turned out to be much more attractive; about the Loy Krathong ceremony in which Chareeya put lampu seeds in a floating basket in the hopes that the Goddess Ganga would bear them across the oceans to the faraway Pacific islands, but it barely made it past the gazebo before capsizing and Chareeya entreated Pran to make her another one. He succumbed to her pleas and defied the darkness of the banana grove to cut a fresh shoot when Chareeya promised to place only her bad karma in the vessel, even though she ended up smuggling a few lampu seeds away.

Suddenly Pran felt the way people do when they realise they have lost some something dear to them, a cold snap froze his heart when he remembered that he had once know happy days, happy days that were long past.

Narrację trzymają też bujnie rosnące i kwitnące rośliny – z pięknie brzmiącymi nazwami, które wytłumaczone są na końcu książki w specjalnym spisie. Czasami aż ma się ochotę zasłonić nos, żeby nie czuć intensywnego zapachu kwiatów: “The bitter aroma of ylang-ylang, melded with that of the mok flowers, Mon rose, and the faint misty scent of the pheep tree“…

Japonia

Żadna wizyta w Azji nie jest kompletna bez odwiedzin w Japonii, choćby na chwilę. Tym razem zaczęłam od Kioto – miasta, które od wielu lat staram się zrozumieć i nadal średnio mi to wychodzi. Tym razem w tych próbach zrozumienia towarzyszył mi Alex Kerr i jego genialne Another Kyoto, które podczytywałam kilka miesięcy temu w Tajfunach, ale postanowiłam zostawić sobie całość na później. Nie ma nic lepszego niż lektura tej książki przy pysznej kawie w jednej z fajniejszych kawiarni w mieście.

Podoba mi się sposób, w jaki Kerr opisuje przestrzeń. Nie pisze o świątyniach czy innych zabytkach jako o “całości”, nie ma tutaj rekomendacji, jak zobaczyć to “inne” Kioto. “Inność” polega na sposobie patrzenia, na zwróceniu uwagi na szczegóły. Jest więc rozdział o ścianach, o matach tatami, o bramach. Po przeczytaniu tej książki zaczęłam zauważać rzeczy, które wcześniej mi umykały, bo podążałam za wszystkimi i patrzyłam na całość – na pagodę jako pagodę, a nie kolekcję pięknych i niedocenianych elementów. Łapałam się na tym, że zaczynam patrzeć na spoiwa między cegłami, gdy mijam mur wzdłuż chodnika i zastanawiam się nad tym, kto mieszka za taką a nie inną bramą do domu. Kerr pisze trochę o tym wszystkim w Japonii utraconej, ale Another Kyoto z pięknymi rysunkami konkretnych przykładów, budynków i ich fragmentów, to cudo, z którym zwiedzanie Kioto już nigdy nie będzie takie samo.

W przerwie między czytaniem kolejnych rozdziałów Another Kyoto, sięgnęłam po Beauty and Sadness Yasunariego Kawabaty – spędziłam przy niej piękny wieczór i żałowałam, że się tak szybko skończyła. Wydaje mi się, że to mocno niedoceniany tytuł Kawabaty – ale według mnie to właśnie w tej książce jego proza błyszczy. Nareszcie, mimo tego, że narratorem jest (tradycyjnie!) starszy bogaty mężczyzna/pisarz, główne skrzypce grają kobiety – i to kobiety, które są ze sobą w związku. Odpowiednia dawka pięknych opisów, mściwości i burzliwych emocji.

W ramach odpoczynku od kultury wysokiej i od chodzenia, zaszyłam się z The Devotion of Suspect X Keigo Higashino – i choć nie jestem fanką kryminałów, nie mogłam się momentami oderwać, a końcówka totalnie mnie rozwaliła, bo nie tego się spodziewałam.

A potem… przejechałam spory kawałek Kjusiu wraz z moją przyjaciółką, odwiedziłam jej mamę w Tokio i zjadłam dużo dobrego jedzenia. I przywiozłam ze sobą walizkę książek po japońsku, żeby planować, co warto wydać w Tajfunach w najbliższej przyszłości. Mamy już kilka fajnych rzeczy na oku!

« Nowości i powroty – 11.06
Weekend Księgarń Kameralnych w Tajfunach »