“Spalona mapa” Kōbō Abe

Miasto – zamknięta nieskończoność. Labirynt, w którym nigdy nie błądzisz. Twoja własna mapa, gdzie w każdym kwadracie domy mają te same numery. Dlatego nie możesz zabłądzić, nawet jeśli zgubisz drogę1.

Co, jeśli zawieruszymy naszą tożsamość? Czy pozbawieni wiedzy na swój temat, mając w zanadrzu jedynie pamięć, z której niczym z dziurawego wiaderka nieuchronnie wypływają nasze wspomnienia, zdołamy odszukać samych siebie i nie zagubić się w bezbrzeżnych trzewiach miasta-molocha? Zadanie zdaje się przerastać nasze możliwości, ale czyż życie nie jest pasmem wyzwań, do podejmowania których nieustannie nas prowokuje? Jak zatem zakończy się to starcie?

My i ono – ludzkie skupisko, pozornie ograniczone, w istocie nieskończone, wykraczające daleko poza ramy płaskiej racjonalności. Jeśli nasz czas jeszcze nie nadszedł, jeżeli wciąż odczuwamy lęk przed konfrontacją, to przyjrzyjmy się chociaż, jak z tego pojedynku wychodzą inni. Czy są pokiereszowani, stłamszeni, przygnieceni? A może zostają wymazani, a słuch ginie o nich bezpowrotnie? Pytań jest wiele, a odpowiedzi, a przynajmniej jakąś ich skromną część, odnaleźć możemy w powieści The Ruined Map (Spalona mapa) pióra japońskiego mistrza słowa, Kōbō Abe.

Głównym bohaterem utworu, a zarazem pierwszoosobowym narratorem, jest prywatny detektyw, którego poznajemy w chwili, gdy ten otrzymuje swoje kolejne zlecenie. Dotyczy ono pana Nemuro, kierownika wydziału handlu i inwestycji w firmie Dainen. Mężczyzna z dnia na dzień przepada jak kamień w wodę. Z prośbą o odszukanie pana Nemuro zwraca się do głównego bohatera młoda żona zaginionego; czyni to jednak dopiero po pół roku od momentu zniknięcia małżonka. Sprawa od początku przejawia tendencje do gmatwania się – jedynymi punktami zaczepienia są wyblakła fotografia pana Nemuro oraz pudełko zapałek z logo pobliskiej kawiarni.

Przed zatrudnieniem detektywa poszukiwania na własną rękę prowadził brat klientki, jego działania nie przynoszą jednak żadnych rezultatów, a w dodatku mężczyzna nie wykazuje zbytnich chęci do podjęcia współpracy. Pewnego rodzaju opór, nieufność czy też wrogość czuć również ze strony żony. Nie potrafi ona przytoczyć jakichkolwiek faktów, które mogłyby pełnić rolę wskazówek czy stać się punktem wyjściowym dochodzenia, a składane przez nią wyjaśnienia z jednej strony pełne są niejasności, z drugiej zaś pozbawione konkretów (Powiem panu wszystko, co wiem, ale co właściwie mam panu powiedzieć?2). Uzbrojony w tak liche poszlaki detektyw postanawia podjąć się powierzonego mu zadania – tyle czy taka misja może zakończyć się sukcesem… i co właściwie będzie jego miarą?

Książka Abe przykuwa uwagę z racji stylu, którego wyznacznikami są oniryzm, mglistość i iluzoryczność. Pierwsze strony mogą przynieść mylne wrażenia dotyczące atmosfery dzieła, bowiem tym, co rzuca się w oczy jest chorobliwa wręcz koncentracja na detalu. Każda sceneria, w jakiej znajduje się bohater, musi zostać szczegółowo przedstawiona – rozkład osiedla pełen urbanistycznych niuansów, pieczołowite odtworzenie wnętrza i wystroju pokoju, wymiary walizki, etc. – wydaje się, że nic nie umyka uwadze narratora. Jednocześnie opis dokonywany jest z perspektywy obserwatora, co przywodzi na myśl skojarzenia z obrazem widzianym przez oko kamery.

Ta fotograficzna dbałość o najdrobniejsze elementy składowe jest jednak mocno dychotomiczna, bowiem paradoksalnie skutkuje zawikłaniem samej fabuły. Podobnie jak bohater, odbiorca skupia swoją uwagę na detalach, na pozór kluczowych dla śledztwa, które zebrane w całość, zupełnie przestają do siebie pasować. Zatem Abe igra sobie z nami, zwodzi nas, wykorzystując w tym celu fabularne schematy oraz czytelnicze oczekiwania i przyzwyczajenia – autor raczy nas historią, która posiada wszelkie znamiona literatury detektywistycznej z nieodłącznym motywem zagadki trudnej, ale możliwej do rozwikłania.

Tyle że sens zachodzących wypadków, tak jak choćby w przypadku gombrowiczowskiego Kosmosu, wymyka się naszej percepcji, logika zdarzeń ulatnia się (czy też przedzierzga się w logikę sennego koszmaru), mimo iż poszczególne składowe nie są tej logiki pozbawione. W tym sensie Spaloną mapę można uznać za dzieło, posiadające cechy znamienne dla francuskiej nowej powieści, czyli tzw. nouveau roman; utwór nie jest powieścią w tradycyjnym znaczeniu tego słowa, która zbudowana jest w oparciu o koncepcję łańcucha występujących kolejno po sobie i wynikających z siebie wydarzeń o stricte informacyjnym charakterze. Książka Abe, w miarę gdy zagłębiamy się w jej treść, wcale nie przybliża nas do definitywnego rozwiązania, ba, można zaryzykować tezę, że zarówno detektyw jak i czytelnik gmatwają się coraz mocniej w meandrach kolejnych incydentów i epizodów.

Za składowe zaczerpnięte z antypowieści można traktować też zmagania narratora, których źródłem są zarówno otoczenie jak i ludzie. Miasto, w którym rozgrywa się akcja oraz jego mieszkańcy sprawiają wrażenie obojętnych, nieczułych, a niekiedy wręcz nieprzyjaznych czy opresyjnych – w efekcie bezimienny protagonista, podobnie jak choćby inspektor Wallas z Gum autorstwa Alaina Robbe-Grilleta (ojca nowej powieści) walczy nie tylko o najmniejszy kęs danych, którymi mógłby zapełnić swoje raporty, ale prowadzi też bój o to, by pozostać sobą, aby jego rysy nie uległy stopniowemu rozmyciu (Zostałem przykuty do niewidzialnej ściany, niczym jakiś gatunek owada3). Wreszcie oszałamiający i wprowadzający w konsternację motyw koła (swoistego zapętlenia lustrzanych odbić), który spina efektowną klamrą całą opowieść to wręcz reprezentatywny zabieg, wyróżniający prozę spod znaku nouveau roman.

Spalona mapa może uchodzić także za interesujące studium jednostki, która mimo egzystowania w ludzkiej gromadzie, cierpi z racji samotności i poczucia wyobcowania, niedopasowania, inności.

Abe pyta o granice wytrzymałości, o to, jak długo można wegetować w stanie permanentnego odrzucenia. Jednocześnie sygnalizuje, jak istotna jest społeczna rola, do jakiej jesteśmy przypisani, i jak trudno się z niej wyrwać. Ogół, masa, ludzka ciżba jest więc mocno autorytarna, bowiem niszczy naszą indywidualność, a przy tym wtłacza nas do gotowego schematu, nie akceptując naszej niezależności. Z tego względu człowieczeństwo zdaje się być jedynie maską, jaką ludzie zmuszeni są przywdziewać w obecności innych, podczas gdy w istocie (…) człowiek jest chodzącym zwierzęciem. A raczej nie tyle chodzącym, co walczącym z grawitacją, energicznie przemieszczając swój ciężki worek mięsa wypełniony wnętrznościami4.

Spalona mapa to wspaniała książka. To ten rodzaj prozy, która w trakcie obcowania nurtuje i niepokoi, zmusza do całkowitego oddania się lekturze, absorbując całą naszą uwagę, skłaniając do nieustannych rozważań, z którymi nagle mamy ochotę dzielić się z przypadkowo spotkanymi ludźmi, aby i na nich skapnęła chociaż odrobina łaski, jaką niewątpliwie jest przebywanie w literackich konstruktach Japończyka. Kōbō Abe udowadnia, że jest mistrzem tworzenia gęstej, pełnej napięcia atmosfery, która przytłacza i uciska – autor każe wątpić nam w realność tego, co uznajemy za rzeczywistość, pytać o jej kontury, doszukiwać się luk i nieścisłości, świadczących o tym, że to, w czym bytujemy jest plątaniną fikcji, ułudy i makabry.


1 Kōbō Abe, Spalona mapa (fragment powieści), przeł. Krystyna Okazaki, w: Literatura na świecie nr 8 (157), Warszawa 1984, s. 86.

2 Tamże, s. 101.

3 Kōbō Abe, The Ruined Map, przeł. E. Dale Saunders, Wydawnictwo Vintage Books, New York 2001 , , s. 48.

4 Tamże, s. 97

Piotr Sopel

Piotr Sopel

Z wykształcenia i zawodu jestem inżynierem chemikiem, z natury zaś - molem książkowym. Literaturą japońską zainteresowałem się po lekturze Kafki nad morzem Harukiego Murakamiego. Do grona moich ulubionych japońskich pisarzy i pisarek zaliczają się Kōbō Abe, Yukio Mishima, Yōko Ogawa oraz Shūsaku Endō. Współtworzę bloga książkowego Klub A+A. Ambrose i Andrew Vysotsky.

Zobacz inne wpisy:

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *